Trwanie przy życiu

Ten tekst chciałbym skierować do tych, którzy znajdują się w trudnej sytuacji z powodu choroby. Do tych, którym objawy uniemożliwiają normalne funkcjonowanie i stają centralnym punktem ich życia. W poprzednich postach skupiałem się na dwóch aspektach tej sytuacji, które dla mnie wychodzą na pierwszy plan a więc na cierpieniu i braku zrozumienia. Pewnie nawet można odnieść wrażenie, że nadmiernie skupiam się na tych dwóch doświadczeniach i ciągle się powtarzam, ponieważ nie mam nic innego do powiedzenia. Jednak doniosłość tego przez co przechodziłem jest dla mnie trudna do pojęcia. Teraz kiedy ja stopniowo uzyskuję wolność i na nowo staję się człowiekiem, którego życie zaczynają wypełniać sprawy bardzo codzienne i problemy, wokół których toczy się życie osoby pozbawionej większych problemów ze zdrowiem nie chcę zapominać o tym czego doświadczałem przez pięć ostatnich lat swojego życia. Tym bardziej dlatego, że wiem, że te problemy ciągle są udziałem innych ludzi, którzy aktualnie przechodzą przez prawdopodobnie najgorszy czas swojego życia.

 

Wiecie, słuchałem dzisiaj przez kilkanaście minut jednej z rozgłośni radiowych. Tak krótko, ponieważ kiedy zacząłem słuchać tego co mówiła prezenterka a były to słowa w stylu „na pewno cieszycie się znakomitą pogodą, jesteście pełni energii i czeka Was kolejny cudowny dzień, w którym będziemy utrzymywać Was w dobrej formie towarzysząc Wam puszczanymi przez nas przebojami”, po prostu nie mogłem powstrzymać swoich myśli, które automatycznie skierowały się w stronę osób, dla których te słowa mogą sprawić wręcz poważny ból. Ból, który wynika z tego, że kiedy zestawią obraz swojego życia zdominowanego przez ciężką depresję, depresję popsychotyczną, uporczywe słyszenie głosów czy problemy z lękiem, który nie pozwala funkcjonować do obrazu życia lansowanego przez media i w zasadzie wszystkich ludzi, którzy większych problemów w swoim życiu nie mają, to gorycz z powodu znalezienia się w takiej sytuacji jest jeszcze większa.

 

Świat nie chce widzieć cierpienia i słabości. Nie ma na nie miejsca. Wzorce postaw, które znajdują szczególne zainteresowanie, opierają się wręcz na tym, żeby takich aspektów życia nie dostrzegać. Pisałem już o tym, że należałoby zmienić cały świat a za tą zmianą automatycznie podążyłyby inne zmiany , które przyniosłyby ukojenie również i nam, osobom chorującym psychicznie. Widzę jednak po tym jak skonfrontowałem się z rzeczywistością a była ona dla mnie całkowicie pozbawiona litości, że nie wszystko będzie wyglądać tak jak to powinno wyglądać według ideałów, które były we mnie od zawsze. Nie wiem czy to proces kształtowania dojrzałości, nabywania postawy realizmu czy zwyczajne godzenie się z tym jak wygląda świat, na którym przyszło mi się pojawić nie mając na to żadnego wpływu. To co zastałem na świecie zmusza mnie do wyciągania wniosków. To czemu jednak ze wszelkich sił chcę zapobiec to przyjęcia postawy tak zwanej znieczulicy. Stoję na progu nowych możliwości, które w perspektywie kilku miesięcy umożliwią, jak myślę, podjęcie pracy. Potrzebuję „tylko” poczucia stabilizacji swojego stanu i pewności, że mogę na siebie liczyć i planować coś w swoim życiu na dłużej niż kilka dni a maksymalnie tydzień do przodu. W momencie kiedy wejdę w ten „naturalny”, oczekiwany przez społeczeństwo model życia grozi mi koncentrowanie się na tym co dzieje się w moim życiu, dbanie o zapewnienie sobie bezpieczeństwa i w konsekwencji zapadnięcia w trans, który będzie mógł doprowadzić do tego, że zapomnę o tym co działo się w moim życiu a co jest nadal udziałem tak wielu osób na świecie, które przechodzą tę trudną drogę cierpienia z powodu choroby psychicznej. Nie chciałbym, żeby to się tak skończyło. Wydaje mi się, że to co przeszedłem zapadnie we mnie na tyle głęboko, że o tym nie zapomnę.

 

Pojawia się pytanie co mogę zrobić dla dobra innych. Jestem przeciętnym człowiekiem, pozbawionym wpływów jak też szczególnych możliwości żeby wpływać na kształt jaki przybrała sytuacja osób zmagających się z chorobą psychiczną. Postanowiłem zrobić to co mogłem i byłem w stanie, a więc założyłem bloga. Dzięki uprzejmości JaPy, dostałem tę możliwość żeby moje słowa trafiały do większej ilości osób zainteresowanych tym o czym piszę. Moim celem jest to, żeby przynajmniej nieść Wam ukojenie w Waszym cierpieniu. Dać Wam poczucie, że Wasz los i to z czym musicie się zmagać  nie jest wszystkim obojętny. Spotkałem niewiele osób, tak prawdziwie zainteresowanych sytuacją chorych psychicznie ale one istnieją. Nie zapomnę pielęgniarki w jednym ze szpitali, która miała kiedyś koszulkę z napisem: „I’m afraid of normal people”. Miły gest w naszym kierunku. Tacy ludzie istnieją, ale mam wrażenie, że nadal pozostają jednak w mniejszości. Póki co jednak myślę, że mamy siebie nawzajem. Możemy wymieniać się doświadczeniami a mając w przebiegu choroby podobne symptomy potrafimy się zrozumieć. Między nami bariery wczucia się sytuację drugiej osoby są mniejsze bo jesteśmy podobni, przeżyliśmy podobne trudności. Miałem okazję zaobserwować, że nawet kiedy próbuje się zrobić coś dla naszego dobra, dla naszego wizerunku to wybiera się tych, którym już się powiodło, którzy już poradzili sobie z chorobą i żyją normalnie. Ci jednak, którzy nie potrafią sobie radzić w życiu nawet przez tych, którzy byli kiedyś w takiej sytuacji, są pomijani, bo „nie pracuje to dobrze na to jak mogą nas postrzegać”. Wybiera się tych silniejszych zapominając o tych, którzy są całkowicie bezradni i opuszczeni. Tutaj widzę poważny problem. Nie chce się widzieć tych, którzy nawet nie mogą zwrócić się o swoje prawo do godności i szacunku.

drzewo

Będąc w sytuacji kiedy w 3 roku mojej choroby nie byłem w stanie uzyskać żadnej poprawy samopoczucia w moim lekarzu coś wreszcie pękło, ponieważ zawsze oszczędzał mi pesymizmu. Kiedy zapytałem go o to dlaczego ja nie mogę normalnie funkcjonować podczas gdy są ludzie, którzy nawet z najcięższą diagnozą normalnie pracują i nierzadko zajmują, co mnie szczególnie imponowało, nawet stanowiska na uczelniach powiedział mi wreszcie: „wie Pan, to jest niewielki odsetek osób chorujących”. Piękne, krzepiące słowa, prawda? Wytrwałem pomimo tych słów. Bezduszne procenty mówią o tym jak może wyglądać nasze życie. Później kiedy miałem więcej sił postanowiłem znaleźć odpowiedź na to jakie mogą być rokowania w najgorszych przypadkach przebiegu choroby. Znalazłem w jednym z poradników dotyczących schizofrenii takie oto słowa: „Ciągłe problemy z objawami choroby dotyczą około 10% pacjentów. Leczenie w tych przypadkach może pomóc w redukcji nasilenia niektórych objawów i ułatwić życie. Choroba jednak pozostaje, czasami nawet na całe życie.” Właśnie na te 10% pacjentów zwracam szczególną uwagę, ponieważ oni na to po prostu zasługują. Pisanie o tym, że można tym ludziom życie ułatwić znam z autopsji i skorygowałbym je do takiej postaci, że „leczenie pomaga im utrzymać się przy życiu” (choć chcę w tym miejscu szczególnie podkreślić, że trzeba to leczenie kontynuować nawet wtedy kiedy nie przynosi takich rezultatów, których oczekujemy). Uważam, że nawet w takich sytuacjach bardzo ważne jest to aby widzieć w swoim życiu głęboki sens i nie wynika to tylko z tego, że wzrastałem w określonej przynależności religijnej. Wiem jedno. Mnie religia powstrzymała przed popełnieniem samobójstwa. Podchodząc do tego teraz nawet czysto logicznie to ona uratowała mi życie. Nie chcę korzystając z tego bloga czynić Wam lekcji o moralności i ingerować w Wasze poglądy religijne. Wiem, że wśród nas cierpiących są również osoby niewierzące. Stanowimy po prostu określoną grupę społeczną, która rządzi się takimi samymi prawami jak inne. U nas też panuje różnorodność, nasze choroby są „demokratyczne”, mogą spotkać każdego. Chcę, przede wszystkim jako osoba, dla której humanizm jest główną filozofią życia, przekonać Was do tego, żebyście nie tracili poczucia sensu Waszego istnienia niezależnie od okoliczności wobec których przychodzi Wam stanąć z powodu choroby. Życie człowieka stanowi wartość samą w sobie. Cierpienie nie jest rozdzielane sprawiedliwie. Chcę jednak prosić, byście Wy, którzy doświadczacie tak wiele bólu w Waszym życiu, wytrwali. Nie wiem czy dla Was to w ogóle będzie miało jakieś znaczenie, ale jestem z Wami i z tej drogi nie sprowadzi mnie już nic. Może dojść jedynie do sytuacji kiedy ponownie do Was dołączę i sam będę potrzebował wiele sił żeby pokonać kolejny rzut choroby. Jestem jednak pewien, że nawet wtedy będę o Was pamiętał.

 

Reklamy

12 thoughts on “Trwanie przy życiu

Add yours

    1. W chwilach głębokiego cierpienia praktycznie nie da się znaleźć wytchnienia. Dobrze rozumiem to co napisałaś. To są momenty, w których słowa nie wystarczają. Proszę, wytrwaj to przez co teraz przechodzisz.

      Polubienie

    1. Po to właśnie powstał ten blog, a w szczególności ten post. Cieszę się, że może Pani poczuć choćby właśnie to, że nie jest sama. Nas naprawdę jest dużo, tylko w ogóle nas nie widać.

      Polubienie

  1. Dziękuję za te słowa. Faktycznie jesteśmy często niezrozumiani, spotkałam się z tym, że ludzie na słowo „depresja” uciekają i odwracaj się. Wielki szacunek dla tych, którzy przechodzą to z chorą osobą. Ja usłyszałam od lekarza: „niech się pani nie martwi, ale kończą mi się możliwości leków dla pani. 20% osób chorych, tak jak pani, jest oporna na leki”. Nie wiem jak Wy, ale są momenty, że to cierpnie jest nie do opisania, ani wytrzymania. Trzymajcie się 🙂

    Polubione przez 1 osoba

  2. Witam nieszczęście z chorobą rozpoczęło się w marcu tego roku. Nic nie wskazywało na chorobę i nagle wielkie bum, syn trafił do szpitala po próbie samobójczej był odcięty od rzeczywistości, mało kontaktowy zamknięty w swoim niemym świecie. Leczenie przyniosło poprawę na tyle że można było czasami zobaczyć uśmiech i porozmawiać tak jak kiedyś
    Po miesięcznym leczeniu przyszedł czas do domu praktycznie wymuszony na lekarzu bo uważałam że lepiej dojdzie do siebie w domu,nic bardziej zludnego. Nie zwracała uwagi jak lekarz w rozmowie napominal o inteligencji syna i o problemach z leczeniem ludzi inteligentnych. Syn wiedząc że zbliża się dzień wyjścia do domu oszukiwal z lekami w domu robił to samo aż stwierdził że nie będzie ich bral bo nic mu nie jest.Dzisiaj cierpimy razem on nie zdając sobie sprawy ze swojej izolacji od znajomych,otoczenia,rodziny traktuje wszystkich jak wrogów , ja zaś cierpię nie potrafiac pomoc własnemu dziecku. Stan z dnia na dzień staje się coraz gorszy wiem że kogoś widzi względnie słyszy teraz śmiech zdarza się również usłyszeć ale jest nie adekwatny do sytuacji i szalenczy. Jestem pełna optymizmu pocieszam siebie ze przyjdzie dzień że otrzasnie się z tego letargu.Duzo bym dała aby ta sytuacja była tyko snem.

    Polubienie

    1. Choroby psychiczne należą do tego rodzaju doświadczeń, które potrafią całkowicie zmienić nasze postrzegania świata. I nie mam tu na myśli doświadczeń psychotyczych, które ze swojej natury są wypaczeniem percepcji. Opiekunowie obserwując to co dzieje się z osobami chorymi doświadczają poważnego wstrząsu nie mogąc sobie wytłumaczyć dlaczego tak radykalnie zmienia się zachowanie osoby, którą kochają. Świat ulega przewartościowaniu. To co sprawdzało się kiedyś, teraz nie ma zastosowania. W najgorszych chwilach mojej choroby również moja mama sprawuje nade mną opiekę i wiele razy powtarzała mi, że to co czuje bardzo często to bezradność. To bardzo trudna droga zarówno dla Pani jak i dla Pani syna. Dostrzegając jednak Pani postawę, którą pokazuje Pani jak bardzo zależy Pani na losie swojego syna jestem spokojny o Państwa dalsze losy. Miłość, szczególnie w takich chwilach, jest sprawą fundamentalną. Jako osoba chorująca z perspektywy potrafię dostrzec jak wielką rolę odgrywa właśnie zaangażowanie najbliższej osoby. To, że nie traci nadziei w sytuacji wydawałoby się beznadziejnej. Jestem przekonany, że kiedy choroba zostanie opanowana i syn osiągnie remisję, będzie potrafił docenić Pani postawę. Pani walka i troska nie idą na marne. Proszę trwać w optymizmie i mimo być może jeszcze wielu trudnych sytuacji, które Państwa spotkają nie tracić nadziei. Życzę naprawdę wiele sił i cierpliwości.

      Polubienie

  3. Dziękuję Panu za słowa wsparcia i wiarę w lepsze jutro mojego syna.Aby uzyskać remisie trzeba kontynuować leczenie a moje dziecko nie chce o tym nawet słyszeć a o wizycie u lekarza wogole.Jedyna moja nadzieja jest w blogu który Pan pisze przesłałam synowi link i mam nadzieję że przeczyta i wpłynie to chociaż na tyle że zdecyduje się na branie leków. Jeszcze raz dziękuję za słowa.wsparcia 🙂

    Polubienie

  4. Ja nie widzę powodu do smiania się i czerpania radości z czegoś czego nie ma. Od dawna mam obniżony nastrój i nie cieszy mnie nic. Nie wiem czy to depresja czy nie. Znam powody swojego nastroju i aby go zmienić musiałabym zostawić rodzinę. Nie chodzę po lekarzach bo to bez sensu. Głupie ale prawdziwe

    Polubienie

    1. W moim przypadku nikt tego nie diagnozował ale sam podejrzewam a wręcz jestem przekonany, że problemy z obniżonym nastrojem miałem już w wieku 16 lat. Gdybym wtedy zgłosił się do lekarza i uzyskał wsparcie w postaci farmakoterapii mógłbym sobie lepiej poradzić ze wszystkim co mnie wtedy spotykało. Kiedy doświadczamy świata przez pryzmat zaburzeń nastroju wszystko jest zniekształcone i nasz odbiór rzeczywistości sam „nakręca się” na pesymizm. To bardzo niebezpieczne a już na pewno powoduje ogromny dyskomfort. Myślę, że gdybyś wybrała się do lekarza, w konkretnym celu uzyskania wsparcia farmakologicznego mogłabyś odnieść korzyść i te problemy, z którymi teraz się zmagasz stałyby się „mniejsze” łatwiejsze do poradzenia sobie z nimi. Ja żałuję, że nie korzystałem z pomocy specjalisty od samego początku moich problemów z równowagą psychiczną. Nie popełnij tego samego błędu 🙂

      Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s

WordPress.com.

Up ↑

%d blogerów lubi to: